Wszystkie artykuły

Blog

Chwila, w której przestałam pytać „Czego się dziś nauczyłeś?”

O przejściu od przekazywania wiedzy do zaufania dziecięcym umysłom

Pamiętam dokładnie moment, w którym coś we mnie pękło w sposobie, w jaki rozumiałam edukację. Moje dziecko miało cztery lata. Całe popołudnie spędziło przy naszym kuchennym stole ze szklanką wody, słomką i liściem. Po prostu patrząc. Dmuchając. Zauważając. Nie powstawało z tego nic. Na końcu nie było rysunku, nie było zdania, które mogłoby wyrecytować babci. I przyłapałam się na tym, że ogarnia mnie nieokreślony niepokój. Na myśl o tym, że, ściśle rzecz biorąc, niczego się nie „nauczyło”.

Ten niepokój powiedział mi wszystko, co musiałam wiedzieć o perspektywie, którą wciąż nosiłam w sobie.

Budowałam już wtedy od kilku lat Wioski, przedszkola zakorzenione w podejściu Reggio Emilia, w zaufaniu, w obrazie dziecka jako kompetentnego i ciekawego. Znałam teorię. Mogłabym cytować Lorisa Malaguzziego nawet przez sen. A jednak tu, we własnej kuchni, instynktownie mierzyłam popołudnie mojego dziecka według wytworu. Po tym, co mogłoby z niego pokazać.

Zmiana, której musiałam dokonać, i to nie jest jednorazowa decyzja, to praktyka, polega na przejściu od pytania „czego się nauczyłeś?” do pytania „nad czym się dziś zastanawiałeś?”. Te dwa pytania wyrastają z zupełnie odmiennych wizji świata. Pierwsze zakłada, że edukacja polega zasadniczo na gromadzeniu treści. Drugie, że edukacja polega przede wszystkim na rozwijaniu myślącego, zadającego pytania człowieka.

Nauki kognitywne mówią o tym od dekad dość jasno. Dzieci nie uczą się jak dyski twarde, które trzeba zapełnić. Uczą się poprzez aktywną konstrukcję: budowanie modeli mentalnych, sprawdzanie ich w zderzeniu ze światem, korygowanie. Jean Piaget nazwał to asymilacją i akomodacją. Mózg nie tylko przechowuje informacje; on przeorganizowuje się w odpowiedzi na doświadczenie. I co kluczowe, ta reorganizacja zachodzi najlepiej wtedy, gdy dziecko ma sprawczość. Gdy to ono prowadzi dociekanie.

W praktyce oznacza to coś przeciwnie do intuicji, przynajmniej na początku. Oznacza, że chaotyczne popołudnie ze słomką i liściem może być poznawczo bogatsze niż uporządkowana lekcja o „wodzie”. Oznacza, że dziecko, które nie potrafi jeszcze napisać swojego imienia, ale potrafi spędzić czterdzieści pięć minut na negocjowaniu zasad wymyślonej zabawy z dwojgiem innych dzieci, rozwija kompetencje: funkcje wykonawcze, przyjmowanie perspektywy, samoregulację, język, których żadna karta pracy nigdy nie dotknie.

Zaufanie do dziecka nie oznacza odsunięcia się i nicnierobienia. Oznacza uważne obserwowanie, uważne słuchanie i zadawanie pytań, które otwierają, a nie zamykają. Oznacza projektowanie środowisk, które zapraszają do eksploracji, a nie do instruktażu. Oznacza umiejętność wytrzymania dyskomfortu związanego z tym, że nie zawsze wiemy dokładnie, co dziecko z czegoś wynosi, i mimo to zaufanie procesowi.

Moje dziecko, nawiasem mówiąc, przez trzy dni wracało do tego doświadczenia z wodą i słomką. Czwartego dnia zapytało mnie, dlaczego woda idzie w górę słomki, kiedy kładzie palec na jej wierzchu. To pytanie, własne pytanie, zrodzone z niespiesznego zastanawiania się, nauczyło je więcej o ciśnieniu, ciekawości i o własnej sile jako myślącej osoby niż jakakolwiek lekcja, którą mogłabym zaplanować.

Tak bardzo przywykliśmy widzieć edukację jako coś, co dorośli dostarczają dzieciom. A ja doszłam do przekonania, to pokazało mi podejście Reggio Emilia, to potwierdza neuronauka, że dzieci już wykonują najgłębszą, jaką można sobie wyobrazić, pracę uczenia się, jeśli tylko wystarczająco długo zejdziemy im z drogi.