Wszystkie artykuły

Blog

Co zrozumiał John Holt, o czym wciąż zapominamy

O „Jak dzieci się uczą” i o tym, czego uczymy dzieci o nich samych

John Holt opublikował „Jak dzieci się uczą” w 1967 roku. Pięćdziesiąt kilka lat później przeczytałam ją i poczułam się, jakby ktoś napisał do mnie bardzo osobisty list. To dziwne stwierdzenie o książce pełnej uważnych obserwacji dzieci w klasach i domowych salonach, ale tak właśnie jest.

Holt był nauczycielem szkolnym, który zaczął patrzeć bardzo uważnie. Nie na programy ani wyniki, lecz na dzieci: na ich twarze, ich strategie, ich chwile prawdziwej żywotności i momenty zamykania się. To, co zauważył, było zarazem proste i druzgocące: dzieci są naturalnymi uczniami. Żarliwymi, radosnymi, nieustraszonymi. Dopóki, stopniowo, szkoła nie nauczy ich być kimś innym.

Jego kluczowy wgląd jest taki, że dzieci w swoim naturalnym stanie, zanim formalna edukacja położy na nich rękę, uczą się tak jak naukowcy. Obserwują, stawiają hipotezy, eksperymentują, korygują. Niemowlę uczące się chodzić upada setki razy, ani razu nie dochodząc do wniosku, że „nie jestem osobą, która chodzi”. Małe dziecko uczące się języka popełnia twórcze błędy („Poszłem do sklepu”), które odsłaniają wyrafinowane, ukryte teorie tego, jak działa gramatyka. Nie wkuwają reguł. Budują modele.

To, co szkoła tak często robi, jak twierdził Holt, to zastępowanie tego wewnętrznego, samodzielnego procesu czymś całkiem innym: występem dla dorosłych. Dzieci bardzo szybko uczą się, że nie chodzi o zrozumienie, chodzi o podanie właściwej odpowiedzi, o to, by nie wyjść na głupka, o zadowolenie nauczyciela. I tak rozwijają to, co Holt nazywał strategiami na przebrnięcie przez szkołę, strategie, które mają niewiele wspólnego z prawdziwym uczeniem się, a bardzo wiele z przetrwaniem w oceniającym środowisku.

Opisuje dziecko, które, niepewne odpowiedzi, podczas zgadywania uważnie wpatrywało się w twarz nauczyciela. W ogóle nie myśląc o samym pytaniu, tylko czytając sygnały społeczne. Ten obraz został ze mną od pierwszej lektury. Ile godzin edukacji dziecka upływa właśnie na tym? Na uczeniu się czytania tego, czego chcą dorośli, zamiast uczenia się czytania świata?

Holt pisał też pięknie o zabawie. Nie widział w niej dziecięcej rekreacji, widział w niej ich główny sposób uczenia się. Zabawa to sposób, w jaki dzieci próbują rzeczy bez ryzyka fatalnych konsekwencji. Tak rozwijają biegłość, kreatywność i zdolność tolerowania niepewności. Kiedy ograniczamy zabawę, a rozbudowujemy nauczanie, nie przyspieszamy uczenia się. Podkopujemy je.

Czytanie Holta bywa też trochę niekomfortowe, bo tak wiele z tego, co opisuje, wcale się nie zmieniło. Wciąż projektujemy szkoły w dużej mierze wokół lęku przed pomyłką. Wciąż mylimy cichą uległość ze zrozumieniem. Wciąż, w wielu kontekstach, mierzymy inteligencję dziecka jego gotowością do siedzenia spokojnie i słuchania.

To, co biorę od Holta i co kształtuje wszystko, co próbujemy robić we Wioskach, jest takie: dzieci nie potrzebują nas do tego, by je napełniać wiedzą. Potrzebują nas do ochrony instynktu uczenia się, który już mają. Potrzebują środowisk, w których bycie w błędzie jest interesujące, a nie zawstydzające. W których pytania znaczą więcej niż odpowiedzi. W których mogą się poruszać, dotykać, wracać i nie zgadzać się.

Nie był naiwny. Wiedział, że to wymaga od dorosłych także cierpliwości, uważnej obserwacji i gotowości do bycia w niepewności razem z dziećmi. To w istocie najtrudniejsza część. Jesteśmy tak ukształtowani, by mieć odpowiedzi. Holt prosił nas, byśmy zamiast w odpowiedziach zakochali się w pytaniach.